Rozgrabianie Auschwitz
9 października 2006

W polskiej prasie można coraz częściej przeczytać kolejne artykuły o osobach, które domagają się zwrotu rzeczy należących do nich bądź ich rodzin, a będących eksponatami Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Najpierw prasę obiegła sprawa Diny Gottlieb, Żydówki mieszkającej w USA, która namalowała kilkanaście akwarel, przedstawiających Romów, więzionych w obozie i poddanych eksperymentom medycznym przez słynnego doktora Mengele. Stanowisko zarówno dyrekcji muzeum, jak i Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej jest jasne i klarowne: "W świetle prawa właścicielem siedmiu portretów Cyganów jest muzeum. Natomiast autorskie prawa majątkowe należą do pani Gottliebowej".

Dina Gottlieb nie przyjmuje tego do wiadomości. Nie przyjęła oferty muzeum, które zaproponowało jej wykonanie duplikatów jej prac. Jest niewzruszona na apele Stowarzyszenia Romów w Polsce, dla którego członków jej akwarele są niczym relikwie. Pani Gottlieb, w zespół ze swoimi prawnikami, zorganizowała akcję w celu przejęcia swoich prac. Wniosła sprawę do sądu, zorganizowała akcję mailingową, zaangażowała nawet amerykański Departament Stanu oraz różnorakie media. Skutek jest taki, że Polska przedstawiana jest niemal jako paser, który nie chce oddać skradzionych prac.

Drugą głośną sprawą jest przypadek walizki należącej do zamordowanego w Oświęcimiu Pierre'a Leviego, wypożyczonej z Muzeum Auschwitz-Birkenau, o którą upomniał się jego syn Michel Leleu, gdy dojrzał walizkę ojca oglądając wystawę w Muzeum Zagłady w Paryżu. Pan Leleu wniósł natychmiast sprawę do francuskiego sądu, domagając się pozostawienia walizki we Francji. Rozprawa w grudniu.

Michel Leleu twierdzi, że "to godne pożałowania, iż po tym, co przeszedł ojciec, syn musi się bić o to, by walizka pozostała we Francji". Godne pożałowania jest raczej to, co robi pan Leleu. Swoje trzy grosze dorzucił także Jacques Freidj, dyrektor Muzeum Zagłady w Paryżu: "Nie rozumiemy, dlaczego muzeum Auschwitz nie zgadza się wypożyczyć nam walizki bezterminowo. Przecież pan Leleu nie chce jej schować u siebie w domu w szafie. Najważniejsze chyba, by walizka pozostała w jakimś poważnym muzeum. A jako instytucje zajmujące się historią Zagłady musimy pomagać rodzinom ofiar, wykazywać wrażliwość wobec ich uczuć".

Jest rzeczą niepojętą usłyszeć takie brednie z ust dyrektora muzeum. A co z wrażliwością rodzin miliona Żydów zamordowanych w Auschwitz? Czy o nich pan Freidj też się tak bardzo martwi? Przecież nie chodzi tu o nic innego, jak o przejęcie niezwykle cennego eksponatu przez jego muzeum. Przez wyjątkowo obrzydliwe zagranie Muzeum Zagłady w Paryżu, inne muzea stracą być może raz na zawsze możliwość pokazywania u siebie eksponatów z Auschwitz, bo muzeum w Oświęcimiu, co naturalne, będzie się bało je wypożyczać. Całość obłudnych komentarzy dopełnił Daniel Finkelstein, komentator brytyjskiego The Times, który raczył wysmażyć taki oto komentarz: "Stanowisko muzeum Auschwitz jest niepojęte, poniżej krytyki. Naszych podstawowych wolności musimy bronić walizka po walizce, nawet, jeśli to stara, zużyta i pusta walizka". Jeśli stanowisko muzeum Auschwitz jest poniżej krytyki, to, poniżej czego jest komentarz Finkelsteina?

Muzeum Auschwitz-Birkenau jest symbolem i strażnikiem pamięci o Holocauście. Były obóz odwiedzają setki tysięcy ludzi rocznie, by zobaczyć jak wyglądało miejsce ludobójstwa ponad miliona ludzi, większości Żydów. Domaganie się przez spadkobierców zwrotu eksponatów, które kiedyś należały do nich lub ich bliskich jest brakiem poszanowania pamięci tych, których pochłonęły piece krematoriów. W tym przypadku świętsze od prawa własności jest prawo zachowania pamięci. Dlaczego Dina Gottlieb i Michel Leleu tego nie rozumieją?

Mike Urbaniak
Blog MikeOff