Szczyt paranoi niedaleko?
7 stycznia 2008

Nie zdziwiła mnie specjalnie informacja, że Andrzej Lepper domaga się, by prezydent Kaczyński wystąpił oficjalnie i potępił "Strach" Grossa. Czego można się w końcu spodziewać po Lepperze, który szczęśliwie zniknął z pierwszej linii polskiej sceny politycznej i od czasu do czasu rozpaczliwie będzie próbował do niej powrócić.

Ale na podaną dziś przez Gazetę wiadomość o tym, że "Strachem" ma się zająć prokuratura podskoczyło mi ciśnienie. Bardzo dobrze, że prokuratorzy przeczytają tę książkę - to nie zaszkodzi nikomu, ale jeśli rozpocznie się jakieś śledztwo w tej sprawie, albo wręcz śledztwo przeciwko Grossowi, to trzeba będzie bić na alarm.

A może lepiej bić na alarm już dziś? Zanim Polska zbliży się do kolejnego szczytu paranoi?

Książka Grossa powinna wzbudzić kontrowersje i debatę. Z jednej strony dlatego, że porusza temat niezmiernie bolesny i ważny, z drugiej zaś dlatego, że przedstawione przez autora argumenty na rzecz głównej tezy są częstokroć wątpliwe.

"Strach", który w wydaniu angielskim czytałam przeszło rok temu, porusza kwestię, o której wielu Polaków nie wie, a wielu innych wiedzieć nie chce. Mówi mianowicie o morderstwach Żydów, którym udało się przeżyć nazistowską Zagładę. Mordach, które dokonały się już po wojnie, mordach na ludziach, którzy dopiero co mogli odetchnąć, którzy chcieli wrócić do swoich domów, którzy chcieli żyć. Tych mordów dokonali Polacy. Ta karta polskiej historii powinna utorować sobie drogę do świadomości społecznej podobnie jak wcześniej prawda o Jedwabnem.

Gross nie tylko opisuje fakty. W "Strachu" robi to, czego nie zrobił (niestety) w "Sąsiadach" i przedstawia hipotezę wyjaśniającą. O ile z "Sąsiadów" dowiedzieliśmy się o nowych faktach, o tyle w "Strachu" nowych faktów nie ma. Jest za to właśnie próba interpretacji. Czy ta próba jest przekonująca? Moim i nie tylko moim zdaniem nie jest. Czy to oznacza, że Grossowi takiej tezy nie wolno było postawić? Czy to oznacza, że nie wolno mu było jej bronić i przedstawiać argumentów na jej rzecz?

Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach wpadłby na pomysł, żeby prokuratura niemiecka zajęła się słynną i kontrowersyjną książką Goldhagena "Gorliwi kaci Hitlera"?

Czy naukowcowi nie wolno postawić kontrowersyjnej hipotezy? Czy naukowiec polski zajmujący się naukami społecznymi powinien przed powiedzeniem czegokolwiek ugryźć się w język i sto razy zastanowić, czy aby jakiś maniak nie będzie go oskarżał o "znieważanie narodu polskiego"?

Czy jeśli powiem, że Polacy są homofobicznym narodem, to również ktoś mi zagrozi trzema latami odsiadki za znieważanie? A może jednak chodzi o Żydów? Może jednak chodzi o to, że pomimo debaty o tekście Błońskiego, pomimo debaty o Jedwabnem, pomimo wszystkiego, co już wiemy o stosunkach polsko-żydowskich ten temat jest jednak bardziej tabu niż jakiekolwiek inne tematy?

Książka Grossa powinna wzbudzić debatę. Nie powinna jednak wzbudzać zadymy, a jak dotąd niemal wszystko wskazuje na to, że od zadymy się zaczyna i na zadymie się skończy.

Ja z Grossem mam własny problem. Z jednej strony od lat podpisuję się obiema rękami pod zdaniem Żeromskiego - "trzeba rozdrapywać polskie rany, żeby nie zarosły błoną podłości". To właśnie powinni moim zdaniem robić intelektualiści. Wszystkich nacji, bo błony podłości zbyt często i zbyt szybko zarastają trudną przeszłość w każdym społeczeństwie. Z drugiej strony jednak nie sposób nie zauważyć, że walenie kogoś pałą po głowie nie jest najlepszym sposobem ani na wyedukowanie go ani na nawiązanie z nim debaty czy dialogu.

Dopóki jednak prawda o Jedwabnem nie znajdzie się w każdym polskimi podręczniku do historii dwudziestego wieku; dopóki o pogromie kieleckim nie będzie słyszało w szkole każde polskie dziecko; dopóki ten nieszczęsny mit polski niewinnej, który teraz próbuje się bronić za pomocą prokuratury, nie zostanie ostatecznie pogrzebany - dopóty potrzebny będzie Gross i jego książki.

Barbara Krawcowicz