"Królestwo Wszechwanny"

"Królestwo Wszechwanny" reż. Paweł Paszta (Teatr Żydowski w Warszawie, grudzień 2014)

 
W spektaklu Pawła Paszty, na podstawie wybranej prozy, skeczów i piosenek Hanocha Levina, karnawał trwa w najlepsze. Trwa, dopóki nie przyjdzie urokliwa śmierć i nie zrzuci z bohaterów cyrkowych kostiumów, a ubierze ich w szare, stonowane uniformy.

"To sztuka o miłości i wojnie – dwóch nieuniknionych i zarazem podstawowych elementach życia. Z miłości rodzą się konflikty, z konfliktów wypływają nowe miłości. Każda miłość jednak dąży do rozstania, a każda wieczność wcześniej czy później przegrywa ze śmiercią." - tak o spektaklu wypowiada się sam autor. I nie sposób się nie zgodzić. Ale to nie tylko spektakl o namiętnościach i ich konsekwencjach, a uniwersalna opowieść o szeregu ludzkich postaw, które i tak ostatecznie, w brutalny sposób, zweryfikuje nieuchronna śmierć.


Absurd towarzyszy nam od samego początku. Całość dzieje się w tytułowym Królestwie Wszechwanny, które w rzeczywistości jest jedynie łazienką z całym jej instrumentarium - wielką wanną i klozetem. Poznajemy tytułową Królową Jewtuszewe (Monika Chrząstowska), która staje się uosobieniem naszych władczych zapędów i pragnień dominacji. Największą cenę za to ponosi jej konformistyczny mąż Hillel (Jerzy Walczak), znoszący paskudny charakter swojej małżonki oraz ich usmolony kuzyn Jekutieli (Ryszard Kluge), któremu nawet nie wolno przekroczyć progu wyimaginowanej monarchii i zanurzyć się w odmętach kadzi, wypełnionej po brzegi, gorącą wodą. Z bardzo prostej przyczyny - nie jest godny dostąpienia takich zaszczytów. Ileż to znamy, z życia, niezrozumiałych sytuacji, spowodowanych niejasnymi dyrektywami, władczych jednostek, ograniczającymi swobody i wolności reszty ogółu. Tych samych wolności i swobód, podobno, zagwarantowanych z samego tytułu człowieczeństwa.

Główną osią spektaklu są łazienkowe perypetie, ale zgrabnie i spójnie, przeplatane wyselekcjonowanymi przez reżysera gagami i piosenkami. I tak możemy usłyszeć, we wspólnym wykonaniu, kontrowersyjną balladę "Ja, Ty i następna Wojna", traktującą o pierwszej wojnie libańskiej, kiedy to Levin dał wyraz swojego sprzeciwu - słusznie lub nie - wobec izraelskich działań wojskowych. Mimo upływu czasu parafraza: "Ja, Ty i następna wojna(...) razem w łóżku. I już nie płacz dziecka, a wybuch rakiet, zrywa nas z łoża." jest nad wyraz aktualna, zwłaszcza w kontekście niedawno zakończonej operacji w Gazie o kryptonimie "Tzuk Eitan".

Wartym zwrócenie uwagi są również liczne, zabawne dialogi podstarzałych, lecz młodych duchem, przyjaciół o wdzięcznych imionach Apsik (Marek Węglarski) i Czopek (Henryk Fajfer). Kiedy to - podglądając przez uchylone drzwi, śpiące, młode kobiety - prężą muskuły i przechwalają się miłosnymi podbojami oraz erotycznymi możliwościami, wypełniona po brzegi sala pęka ze śmiechu.

Najmocniejszym punktem spektaklu, nawiązującym wprost do beckettowskiej tradycji, jest scena w lekarskiej poczekalni. Licznie zgromadzeni ludzie, licytują się swoimi schorzeniami, wymyślając, co raz to poważniejsze dolegliwości oraz machając sobie, złośliwie, przed nosami numerkami, wyczekują wizyty u doktora Koplera. I jak dobrze wiemy, na przykładzie Gogo i Didiego ze sztuki Samuela Becketta, doktor Kopler nigdy nie przyjdzie.

Cyrkowy karnawał wreszcie dobiega końca, gdy na scenie pojawia się Mawet (z hebrajskiego śmierć) i wprowadzi scenicznych bohaterów w ekstatyczny taniec śmierci. Skromna, ale posiadająca świadomość swojej urody, Mawet (Izabella Rzeszowska), poruszając wielkim drewnianym sterem, wprawia w ruch nie tylko samych bohaterów, ale i całą scenę, dzięki zastosowanemu zabiegowi ruchomego podestu. Obecna przez cały czas, lecz ignorowana kostucha, głośno chichocząc, potwierdza niejako tezę, że to nie fortuna kołem się toczy, a nieunikniona śmierć.

Uniwersalna, zabawna, ale i refleksyjna sztuka w reżyserii Pawła Paszty to obowiązkowa pozycja dla miłośników teatru absurdu.

Kacper Ponichtera

Grudzień 2014.