Komentarz do listu Bronisława Świderskiego do Dyrektora Dariusza Stoli.

Komentarz do listu Bronisława Świderskiego do Dyrektora Dariusza Stoli. Alex Wieseltier

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem list pana Bronisława Świderskiego w sprawie tytułu wystawy „Obcy w domu” w muzeum Polin. Jako jeden z tych, którzy wyjechali na fali Marca 68, pozwolę sobie być odmiennego zdania.

Trudno mi pisać cokolwiek o dynamice Marca 68, bo pomijając fakt, że „zapomniałem” pójść na „spontanicznie” zorganizowane na uczelni zebranie, gdzie „zwolnieni” z zawieszonych zajęć studenci i personel nauczający mieli potępić marcowe ekscesy studentów warszawskich, z czego miałem się potem pisemnie tłumaczyć szefowi katedry, nie miałem z tymi wypadkami za dużo wspólnego. Dla mnie Marzec 68 to nie żadne scalenie grup polskiego społeczeństwa, bo jedyne co widziałem to sporadyczne, niepoparte przez nikogo, wystąpienia studenckie. I oczywiście znalezienie kozła ofiarnego w postaci kilkunastu żydowskich „wichrzycieli” studenckich, którzy według komunistycznych środków propagandowych reprezentowali piątą kolumnę zakamuflowanych syjonistów, których jedynym celem było zniszczenie ludowego państwa.

Może się to wydawać dziwne, ale czynny udział osób żydowskiego pochodzenia w wypadkach marcowych był względnie mały. Większość osób żydowskiego pochodzenia nie bawiła się w podchody polityczne i żyła, i chciała żyć, normalnym życiem obywatela. Co nie miało żadnego znaczenia dla wybranej przez wierchuszkę partyjną polityki „unicestwienia” wrogów. Polityka marginalizowania osób żydowskiego pochodzenia poszła w dół drabiny hierarchicznej, tnąc po drodze wszystkich, jak popadnie. Trudno było zauważyć jakieś widoczne protesty społeczeństwa polskiego w odpowiedzi na tę oficjalną nagonkę. Owszem. Można było odczuć pewne objawy zawiści, że Żydzi mogą sobie pojechać na Zachód, a reszta musi się tutaj męczyć.

Większość Żydów polskich, to znaczy tych, którzy zostali w Polsce po emigracjach lat czterdziestych i pięćdziesiątych, nigdy nie chciała wyjechać z kraju, który był ich jedyną ojczyzną. I nagle się okazało, że uznano ich za „obcych w domu”. To nie była ucieczka za chlebem lub poszukiwanie krajów mlekiem i miodem płynących. To było poszukiwanie miejsca, gdzie można było spokojnie żyć.

Kto pozostał? Tylko ci, którzy postanowili swoje pochodzenie schować lub zakopać głęboko w piwnicy, za cenę przełknięcia pewnej ilości pomyj, mniejszych lub większych upokorzeń i ostentacyjnego odcinania się od syjonistów i ich „popleczników”.

Rozumiem, że wystawa „Polin”, tak jak podobna wystawa w Danii, zatytułowana „Człowiek za burtą”, jest o tych pierwszych, a nie o tych ostatnich.

Ci ostatni nie powinni się czuć urażeni wystawą „Polin”. Ona nie jest o nich ani o ich kamuflażu, który niektórzy z nich zdjęli, próbując to teraz odrobić poprzez odrodzenie religijne i kulturalne życia żydowskiego w Polsce. Jeżeli oni rzeczywiście czują się w „swoim domu”, to im niepotrzebne jest muzeum, które mówi o zaszłościach. Oni sami powinni pisać historię nowoczesną społeczeństwa żydowskiego w Polsce, bez względu na to, jak liczne czy nieliczne ono jest, czy będzie.

9 grudnia 2018

Polecane