PIOTRA PAZIŃSKIEGO ZDANIE O MUZEUM

PIOTRA PAZIŃSKIEGO ZDANIE O MUZEUM No więc obejrzałem dziś po raz pierwszy wystawę główną w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.

muzeum_historii_zydow_polskich_03

 

Na pewno jest tak, że jedna wizyta, nawet kilkugodzinna, nie wystarczy, żeby ekspozycję zgłębić porządnie i dać sprawiedliwą ocenę.

Stąd tylko kilka luźnych uwag:

1. Wystawa zrobiona jest rzeczywiście z rozmachem, widać tu i włożony wysiłek intelektualny i pieniądze i żmudną, wieloletnią pracę koncepcyjną.

2. Im dalej, tym lepiej. O ile pierwsze moduły wystawy, tak mniej więcej od Ibrahima ibn Jakuba do rozbiorów, rażą szkolną dydaktyką i sztucznością (jak pokazać ciekawie średniowiecze?), to dalej robi się ciekawiej, mimo że materiału coraz więcej.

3. Las, z którego mają wyłonić się Żydzi, jest słaby, dalej panuje chaos, wielka makieta Krakowa i Kazimierza jest tak duża, że zupełnie nieporęczna i niezagospodarowana, w związku z tym nic nie wyjaśnia. Gwoździec jest ładny, choć szczerze mówiąc nie powala. Oryginalna polichromia z Tykocina czy Łańcuta to to nie jest, a i całe założenie "miasteczka" przypomina martwą makietę, brak w nim zupełnie życia.

4. Ciekawie się robi, kiedy wkraczamy w nowoczesność. Poczekalnia dworcowa, Łódź, Nalewki, wielka plansza wyjazdów do Ameryki - wszystko to jakoś porusza, choć niby znamy te historie. Wiadomo, MHŻP nie da rady konkurować z oryginałami. Kto widział fabrykę Poznańskiego, Ellis Island, a nawet warszawskie Muzeum Kolejnictwa, będzie miał poczucie, że dostarcza mu się miniaturowych, ledwie naszkicowanych kopii, ale kiedy się o tym zapomni, kiedy przyjmiemy do wiadomości, że to musi być synteza, z konieczności powierzchowna, ekspozycja zyskuje i przestaje irytować.

5. Wbrew obawom całkiem podobała mi się wystawa o 20-leciu międzywojennym, wydaje mi się, że udało się uchwycić ten okres w całej jego wręcz fajerwerkowej różnorodności, unikając tego, co tak natrętnie suflowane jest w pierwszych galeriach, tzn. że Polska była dla Żydów rajem na ziemi. Wiemy, że nie była, i raczej nikt tego tutaj nie udaje. To duża zaleta.

6. Część holokaustowa jest mocna, nic nie poradzę. Na małej przestrzeni udało się uzyskać wrażenie przerażającej klaustrofobii Zagłady, ścieśniającej się przestrzeni (zejście po schodach na Umschlagplatz!, kryjówki, pomysłowe szuflady z archiwum Ringelbluma, nieźle zaaranżowane powstanie w getcie itd.), no i całkowitej ruiny barwnego świata przedwojnia (panorama doszczętnie zburzonego getta z kilkoma artefaktami wydobytymi z ruin - dreszcz na plecach). Duży punkt dla muzeum!

7. Powojnie całkiem interesujące. Wiadomo: wszystko w skrócie, ale są i Kielce, i wyjazdy, i Dolny Śląsk i TSKŻ i Gomułka i Marzec. Niezłe proporcje. Ci, którzy chcieli mieć koniecznie żydokomunę, dostali Bermana i Światłę. Mam nadzieję, że im wystarczy. Ociupinkę za mała jest wystawa o latach 70. Że prawie nic, tylko "Odczytanie popiołów" Ficowskiego, a potem Wałęsa w stoczni (jakoś mnie irytuje ten Wałęsa!). No a potem współczesność, o której nic nie powiem, bo jestem jednym z eksponatów, więc mi głupio i w ogóle obciach.

8. Jestem zdania, że muzeum nie powinno być ani apologetyczne i utrzymane w klimacie "łał, jacy byliśmy super i jaki wielki jest nasz wkład w dzieje świata". Sądzę też, że nie musi być nadmiernie krytyczne. Naprawdę, muzeum nie jest po to, żeby od razu rozwalać jednym kopniakiem wszystkie własne i cudze dobre samopoczucia, rozmontowywać paradygmaty, opowiadać stronniczo (żeby nasza prawda okazała się najprawdziwsza i nasze było na wierzchu). Piję tu trochę do niesprawiedliwej i agresywnej recenzji Joanny Krakowskiej, która na łamach Dwutygodnika zarzuciła twórcom wystawy oportunizm i tchórzostwo. Bo wystawa nie powinna się podobać, a powinna uwierać jak kolec w oku. Bez przesady. Sam jestem jak najdalszy od wizji Polin jako raju na ziemi, ale nie wiem, czy chciałbym oglądać muzeum super zaangażowane i super krytyczne. Obawiam się, że byłoby ono wówczas prostym rewersem apologetyki i zalizywania.

9. To, co rzuca się w oczy, to fakt, że opowieść snuta jest z perspektywy dziejów Polski. To faktycznie jest historia Polin, z Żydami w roli głównej. Wynika z tego kilka rzeczy: przekonanie, że dzieje Żydów w ostatnim tysiącleciu są jakoś naturalnie sprzężone z dziejami Polski. Tymczasem wiemy, że to prawda i nieprawda. Żydowska cywilizacja była transgraniczna, toczyła się równolegle w wielu państwach i w wielu językach, dla żydowskiego świata Polin stała się ważna tak naprawdę dopiero w XVI wieku, a i później zresztą wiele ważnych wydarzeń w żydowskiej historii i procesów historycznych, które składały się na żydowskie dzieje, toczyło się poza obszarem zwyczajowo nazywanym Polin. Ta perspektywa, zasygnalizowana na początku mapą wędrówek żydowskich kupców i szybkim przelotem przez gminy Nadrenii i Czech, zupełnie zanika w kolejnych epokach. Jak gdyby wraz z umocnieniem się i powiększeniem Rzeczypospolitej (tak mniej więcej od Kazimierza Wielkiego poprzez Jagiellonów aż do XIX wieku) całość żydowskich dziejów wyczerpywała się na Polsce. Taka perspektywa zdecydowanie mi nie odpowiada. O ile nie oczekiwałem od MHŻP, że będzie chłostać statystycznego Polaka i na każdym kroku wytykać mu antysemityzm i mówić, że całe to rajskie Polin to ściema, a jak ktoś uważa inaczej, to jest filosemitą albo podlizuje się gojom, to tego oczekiwałem: pokazania diaspory żydowskiej w Europie jako niesłychanie skomplikowanego organizmu, w którym Polin była jednym z organów (zgoda, bardzo dużym), nie zawsze najważniejszym i dominującym, a na pewno połączonym z innymi. Starczy przypomnieć Haskalę (słabo w muzeum przedstawioną i właściwie niezrozumiałą), a więc ruch ku niemieckości, czy dzieje rosyjskojęzycznej inteligencji żydowskiej, która w ogóle przepadła (bo Rosji nie lubimy, więc nie przyznamy, że kultura rosyjska była od XIX wieku atrakcyjniejsza jako droga emancypacji i asymilacji od kultury polskiej).

10. Muzeum nazbyt powierzchownie przemyka się nad żydowską tradycją. Skoro jest placówką edukacyjną, to powinno wyjaśnić, czym był i jest judaizm. Mamy gabloty o Mosze Isserlesie i jego appendiksach do Szulchan Aruch, o sporach sabataistów z ortodoksami, chasydów z mitnagdami, haskalistów z tradycjonalistami, mamy makietkę jesziwy wołożyńskiej i dworu w Sadogórze, ale chyba się nie dowiemy (o ile czegoś nie przeoczyłem), co to jest Tora, Talmud, halacha, hagada, szabat czy Jom Kipur. W każdym muzeum żydowskim, jakie znam, tradycji, kalendarzowi, świętom i obyczajom poświęcona jest z reguły oddzielna sala. Od czegoś trzeba zacząć. Zamiast kompletnie niepotrzebnej sali z gadającym lasem wystarczyło zrobić solidną pigułkę "Judaizm w dziesięć minut". Nie chodzi o powielanie dobrze znanych ekspozycji z setką kubków kiduszowych, besaminek i talerzy sederowych, ale właśnie pigułkę: oto podstawowe zasady cywilizacji, o której będziemy opowiadać.

11. No i na koniec: sporo niedoróbek, które dla początkujących mogą okazać się barierą nie do sforsowania. Nie opisane mapy (konia z rzędem temu, kto połapie się w wielkiej mapie Podola i zrozumie, o co biega w makiecie Krakowa), nie podpisane zdjęcia, rozliczne portrety bez notek biograficznych, a często z sygnaturami tylko w języku jidysz albo hebrajskim. Wiele tekstów umieszczono zwyczajnie za wysoko, pod sufitem, a nie wszędzie jest dobre światło... No ale zobaczyć warto, a może nawet trzeba.

 

 

Piotr Paziński

5 listopada 2014

Polecane