URI CWI GRINBERG
(1896 - 1981)
Urodził się w miasteczku Biały Kamień k. Złoczowa. Rodzice jego przenieśli się później do Lwowa. Ojciec, rabin, dał synowi religijne wykształcenie. Debiutował w 1912 r. we Lwowie. Pierwszy tom jego wierszy "Ergec ojf fełder" (Gdzieś na polach) ukazał się w 1915 r. W 1920 Grinberg przeniósł się do Warszawy, gdzie deklaruje się jako ekspresjonista, wraz z grupą "Di Chaliastre", skupiającą się wokół pisma o tej samej nazwie. Powstają wtedy takie utwory jako "Fornachtengold" (Złoto wieczoru, 1921) i poemat "Mefisto". Później pisał prawie wyłącznie w języku hebrajskim. W 1924 Grinberg wyjechał do Palestyny, wrócił do Polski w 1931 r., by po 4 latach ponownie przenieść się do Tel Awiwu.
Więcej o Urim Cwi Grinbergu, jego twórczości i moralno-politycznych wyborach w "Midraszu" nr 2 (82)/2004.
 
PRZED BOGIEM
(fragmenty)
I
Tyś moc wiekuiście pierwsza, co unosząc się nad wodami samotnie
Królowała pośród jawnych mroków i dzikiej nicości
Przedstwórczej!
Tyś pięknym pogłosem w głębinie Edenu,
Kiedy pierwszy człowiek zakrywa srom liściem figowym:
Adamie! Adamie!
Tyś pięknym tajemnym głosem krzaka ognistego,
Wołającym imię pastusze w pustynny żar południa:
Mojżesz! Mojżesz!
I głos ten - o cichych oczach widzi mnie klęczącego
W późną noc przy nieczystej kobiecie - i słyszę pogłos
Wołający mnie po imieniu. - -
VI
Boże, pomęczeniśmy i pomdlali,
Dniem i nocą,
W śnieg i mróz
Białego szlochu,
W złocie lata, pod błękitną tkaniną niebios
I w obfitości plonów ogrodów podniebnych.
Boże, przesyceniśmy już widokiem
Nieprzeliczalnego marszu stworzoności
Po krociach dróg tego świata,
W blasku dnia
I cienistym mroku nocy!
Chcemy ujrzeć nowy świat,
Odmienny cel i nowe słońce,
I nowy, blado sunący półksiężyc
Na naszą głową!
I pragniemy spokoju, odległy Boże!
Spokoju pobielonego domu
Pod napojonymi rosą i błękitem
Rozgwieżdżonej nocy palmami!
W rozgwieżdżone noce rozwiera się źródło
Rozgwieżdżonej miłości i śpiewu - -
Pragniemy śpiewać nowy hymn
O nowej miłości wspaniałej kobiety
Ze splotami czarnych włosów
Kryjących marmur jej ciała,
Gdy powietrze nasycone jest wonią wiatru,
Co dotknął jej włosów w przelocie.
VII
Że jest, wiem z głębi duszy,
I że napełnia swym tchnieniem świat, który stworzył
Pośród pustyni wód.
Głos jego to rozgwar rozwydrzonych targowisk,
Pogrążonych w morzu rozpalonego złota,
Gdzie samochody warcząc gnają jak dzikie bestie
I gdzie skrzypią krągłe koła furmanek - -
Głos jego to rozpasana kipiel morza,
Rozgrywającego swą grę z grozą morskiego prądu
I z dziką rybą.
I w tym bezkresnym tysiącgłosym morskim nokturnie,
Wyśpiewanym z błękitnej głębi serc,
Kiedy gwiazdy wschodzą na niebie i na wodzie,
Opada krągławe migotanie, niosąc się
Po falach w najgłębsze czeluście - -
Głos jego to wichrowy lament świata,
Pod którym dygoczą najgęstsze lasy,
I krzyk drzew
Obudzonych ze snu,
Rozcapierzonych w mroku - -
I szept traw północą na błękitnych łąkach,
I poszepty mrocznego strumienia z wierzbami
O rozkołysanych gałęziach i głowie
Opuszczonej...
I ryk rozlegający się w żółtości pustynnego piachu
Ryk lwa,
Kiedy w zenicie błękitu dostrzeże gwiazdę, świecącą mu
W same oczy
I drażniącą oślepiająco źrenice...
I słodkawo-gorzki śpiew deszczowy po nocy,
I poszczekiwanie uliczne w noce księżycowe,
Budzące dreszcz krwi tętniczej i wzburzające
Źródło łez - -
Doznawałem Jego bezsłownego głosu w głębokiej ciszy:
W rozwierających się wrotach brzasku,
W pochodzie gwiazdozbiorów i zwieraniu się
Czerwonego serca zmroku, i w zaciąganiu się
Jedwabnych zasłon jasnego błękitu -
I w łopotaniu mego cienia na ścianie przy wzejściu gwiazd,
I w jego śmiertelnym upadku na podłogę - -
I w rytmie zegara w ciemnościach:
Tik-tak...
I w tętnie rąk i w krążeniu krwi,
I w srebrze nocnej poświaty
U mych stóp
Na moście.
Gdy siadam rozchełstany na skraju łóżka,
Ucho me słyszy:
Serce me stuka, skuta, stuka - - -
Lecz ażeby był,
Nie dość mi wiedzy i czucia -
J e g o ujrzeć, oto trud mej duszy!
J e g o ujrzeć w całej Jego chwale!
I rozpłynąć się w Jego łonie, i zapaść się,
Jak zapada się Jego słońce o zachodzie
I jak wstaje z Jego łona o poranku -
I tak całe życie będę wędrował nie znając spoczynku
I nie ustanę
W uporczywej budowie ogromnej drabiny,
Wyśpiewując w niebiosy alleluja:
Aby mi się ukazał w mej dalekiej pielgrzymce
W c a ł e j swej chwale!
(przeł. Witold Wirpsza)
ŚMIERĆ
A ostateczną drogą świata: śmierć.
Idzie się tam, gdzie purpurowy nieba brzeg
i błękit, co w głębi rozelśniony, zimny,
oparty o gałęzie dzikiej wikliny,
gdzie wzgórza grobów niezliczone.
Wśród martwych drzew są czarne skrzypce
i ptaki wiszą głową w dół, ptaki pod gałęzią...
a jeszcze niżej trwają dziewczyny,
osypane czarnymi włosami - -
dziewice ze zmartwiałą ręką na łonie...
a u nóg ich rozrzucone gołębie: to lata dziewczyn - -
i stoi w prószącej głębi mauzoleum, dziwny nagrobny namiot,
jakby sama cielesność uformowana w kształt głowy.
Jest ciężka cisza... O gdyby ktoś w tym lesie
krzyknął,
być może usłyszałby tylko echo
i pojawiłby się tysiącooki młodzieniec z mieczem
z rozjarzonymi ogniem oczyma, drgający, falujący żmiją:
Kto stronę śmierci odważył się zbudzić?!
Jest cicho, cisza...
I tylko na skraju mauzoleum o przedziwnej architekturze
bije źródło czarnej krwi
bezszelestnie...
rozrasta się dalej w rzekę,
toczy szeroko...
A na brzegach bieleją wzgórza kości, skłębione włosy,
I oczy, oczy... od bezpamiętnych lat!
A na rzece zimno-ciemniej się kołysze i obraca
jakaś głowa o tysiącach twarzy dookoła
i skanduje ponad krwawo-czarną wodą słowa
o dwu zgłoskach: wszę-dzie...
SAMOTNICY ŚPIEWAJĄ
I w końcu, bracie, samotni jesteśmy, samotni wszyscy!
Wybrańcy Boga, wyniesieni ponad wszystkie stworzenia -
Dzieci Adama obdarowane m o w ą!
A że dane jest nam znać siedemdziesiąt języków,
garbi nam plecy suma wszystkich ciężarów:
siedemdziesiąt rodzajów cierpień.
Więc nocami kołyszemy na posłaniach lament,
małe punkty zagubione w samotnych przestrzeniach,
każdy rzeźbi swój płacz, w s w o i m języku, swego cierpienia:
biada nam, biada!
Lecz choćby nie wiem ile było płaczu,
nie słyszy wszystkie siedem nieb,
ogłuchły!
Bo co wart p o w i e d z i a n y płacz,
co warta łza, która przecieka,
utysiąckrotniona - przez sześć tysięcy lat?! -
Toteż jest głuche siedem nieb,
a nasze cierpienia są siedemdziesięciokrotne!
I w końcu, bracie, samotni jesteśmy, samotni wszyscy!
Bez Boga,
bez miejsca
dla naszej głowy
umęczonej!
(przeł. Roman Śliwonik)
------------
LEJB NAJDUS
(1890 - 1918)
Urodził się w Grodnie, 6 XI 1890 roku; wychowywany w inteligenckiej żydowskiej rodzinie, od dzieciństwa posługiwał się kilkoma językami. Pierwszy wiersz po hebrajsku napisał mając 10 lat, niewiele później zaczął pisać utwory po rosyjsku. Debiut w języku żydowskim - jidisz - miał miejsce w roku 1907. Wiersz 17-letniego wówczas Lejba opublikowała warszawska "Roman Cajtung". Od tego momentu zaczęła się błyskawiczna kariera literacka młodego poety. Współpracował z największymi periodykami literackimi świata żydowskiego. Poza samodzielnym pisaniem wierszy (wydał trzy tomiki poezji), zajmował się tłumaczeniami poezji rosyjskiej i francuskiej. Zmarł bardzo młodo - w wieku 28 lat - 23 XII 1918 roku. Już pośmiertnie ukazał się sześciotomowy zbiór jego niepublikowanych wcześniej utworów.
PIEŚŃ NIEWOLNIKA (DOS LID FUN SZKLAF)
Królowej służę, moją panią
Osłaniam, strzegę jej codziennie,
I krok za krokiem chodzę za nią
Niby jedwabny, ślepy cień jej.
Kraj mój daleko jest ode mnie.
I nie obchodzi to nikogo,
Że niewolnicy tu bezsennie
Nocami tylko płakać mogą.
Obcy mi jaspisowy pałac
I z brył bursztynu tron bogaty.
Byle mi ona dozwalała
Całować rąbek swojej szaty.
Gdy z tragarzami na spacerze
Lektykę jej w ramionach trzymam,
Ona w swym łożu nie dostrzeże,
Jak, milcząc, błagam ją oczyma.
Czasem uchyli moja pani
Jedwabnych fioletowych zasłon.
Więc kryję wzrok pod powiekami,
By to, co płonie w nim, przygasło.
W kadzideł lekkich aromatach
Woń płynie ziół upajająca,
Z zapachem ciała jej się splata
I w głowie myśli mi zamącą.
Jedwab, u dłoni bransolety
I złoty kolczyk nos upiększa.
Ale jej oczy drwią, niestety,
Wzgarda wyziera z nich najgłębsza.
Zapada noc. Głos pieszczot z bliska
Dobiegać będzie, nim zadnieje.
I znów przekleństwa na nią ciskam,
I znowu pozdrowienia ślę jej.
(przeł. J. Ficowski)
---------------
Morris Rozenfeld
(1862 - 1923)
Właściwie: Mosze Jakub Alter. Urodził się we wsi Boksza w pobliżu Sejn (Suwalszczyzna). Jako dziecko przeniósł się z rodzicami do Warszawy. W 1882r., w okresie wielkiej emigracji, udał się do Ameryki. W 1883 powrócił, aby już następnego roku wyjechać wraz z żoną i dziećmi do Londynu, a stamtąd w 1886r. do Stanów Zjednoczonych. W Anglii, jak i w Ameryce, pracował w tzw. "workshopach" i poznał z bliska system kapitalistycznej eksploatacji. Był z przekonań socjalistą. Poezja jego należy do nurtu rewolucyjnego. Debiutował w 1886r. Pierwszy tomik wierszy pt. Di gloke (Dzwon), zawierający pieśni ludowe i rewolucyjne, ukazał się w 1888r.
w Nowym Yorku. Następne tomy: Di blumenkette (Kwietny łańcuch) (N.Y. 1890); Liebesbuch (Księga miłości) (N.Y.1914). W 1898 r. wydany został wybór wierszy Rozenfelda w języku angielskim pt. Songs from the Ghetto (Boston). Jego utwory były również tłumaczone na język francuski i niemiecki, a wiersz Mój chłopczyk śpiewał proletariat niemiecki, żydowski i angielski.
JESIENNE LISTKI
Miłuję morze, kocham wiatr,
Bo tak jak ono - serce szumi,
I tak jak on - samotność znam.
Kocham obłoki, kocham noc,
Bo tak jak one - płakać mogę,
Taki jak ona - jest mój świat.
(tłum. Jerzy Ficowski)
MOJA RÓŻA JEST SAMA
Puszysty wietrzyk snuje się, snuje
Po barwnych łanach.
Tchnienie leciutkie wonie roznosi.
Róża jest sama.
W kropelkach rosy cień się przegląda,
Blask się załamał.
W bieli welonów wędruje księżyc.
Róża jest sama.
Jak srebrne dzwonki płakanie ptaków
Dźwięczy od rana.
Duch lasu wznosi się w samotności.
Róża jest sama.
(tłum. Jerzy Ficowski)
ZIEMIA
Przeklęty żarłok, ziemia zła i dzika,
Jej głodna gardziel wszystko w krąg połyka,
Tylko cierpieniom darowuje życie.
W swym wnętrzu bez dna łup tysięczny kładzie,
Tylko pomniki świadczą o zagładzie.
Ziemio drapieżna, gniew mój przekląłby cię,
Urągał prochom, co w twych głębiach drzemią,
Lecz jakże mógłbym cię przeklinać, ziemio,
Gdy w twych wnętrznościach moje dziecko leży?
Tyś mi je wzięła, jego uśmiech świeży,
W którego blasku szczęście królowało,
Szczęście, co dziś jest grudkš ziemi małą.
(tłum. Jerzy Ficowski)
--------------
Mosze Kulbak
(1896-1940)
Urodził się w Smorgoniach na Wileńszczyznie. Ojciec był dzierżawcą lasów, matka wywodziła się z żydowskich rolników. Wykształcenie otrzymał tradycyjne (cheder, jeszybot). Świeckie wykształcenie zdobył jako samouk. W roku 1919 przyjechał do Wilna, gdzie pracował jako nauczyciel w szkołach z językiem wykładowym jidysz. Debiutował w roku 1920 w Wilnie tomem Szirim (Pieśni) i od razu zyskał sławę wybitnego poety. W tymże roku wyjechał do Berlina z zamiarem wstąpienia na uniwersytet. Pracował podczas pobytu wileńskiej trupy Teatralnej w Berlinie jako sufler, korzystał również ze wsparcia wybitnego pisarza i publicysty warszawskiego H.D. Nomberga. Żył w nędzy, nie opuszczał jednak Berlina i uparcie pracował nad pogłębieniem swojej wiedzy ogólnej i literackiej. W roku 1929, tj. do chwili wyjazdu do ZSRR (z powodu nieprzyznania mu przez władze polskie obywatelstwa), pracował jako nauczyciel literatury w żydowskim gimnazjum i Żydowskim Seminarium Nauczycielskim, gdzie należał do najbardziej lubianych profesorów. Pisał dużo i tuż przed opuszczeniem kraju ukazały się trzy tomy jego dzieł w wydawnictwie Kleckina w Wilnie. Po przyjeździe do Mińska napisał szereg liryków, m.in. również poemat autobiograficzny Der disner Czajd Harold (Child Harold z Dzisna). Ma również w swym dorobku powieści i dramaty. Wkrótce po aresztowaniu komunistów polskich również Kulbaka osadzono w obozie (1937). Zmarł tam w roku 1940.
LOS (z poematu Duda)
Hej wyśpiewam mój biedny los na dudach,
Du-du-du-
I wystękam stękaniem sów z lasu brunatnego,
I wyjęczę go jękiem
Klucza bocianów lecących ku zielonemu morzu...
Oj, jakież to korzenie, których nie wydarła wichura?
- Zęby z moich ust.
A co nie bielone zbielało jak śnieg?
- Moje kudłate włosy.
Jakaż to wielka ryba wyrzucona na rzeki brzeg?
- To ja, dudziarz z Białorusi...
- Du-du-du.
JEZUS (z poematu Duda)
Chodził polami Bóg od Jeruzalem.
Szliśmy go spotkać chlebem a solą.
Du-du-du-du.
A ten nowy Bóg nas pyta:
- A kto wasz tata?
Kto mamunia, kto są wasi bracia? -
Oj, nasz tato to jest las, ten las jodłowy,
Nasza mama - to Wilija w sukni z jedwabiu,
Nasi bracia - szara wrona, brunatna sowa...
Tedy on ukazał palcem w górę, do nieba,
Ale myśmy nic tam nie dostrzegli...
Du-du-du-du.
DZIADEK (z poematu Białoruś)
Oj, dziadek z Kobylnik - to taki Żyd prosty,
Chłopisko z kożuchem, z siekierą, z ościeniem,
A moich szesnastu wujków i mój tato
To Żydzi, prości Żydzi, niby bryły ziemi.
Pchają tratwy po rzekach, ciągną kłody z lasu,
Przez całe dnie harują jak prawdziwe chłopy,
A o zmierzchu wieczerzę jedzą z jednej michy
I walą się na łoża jak związane snopy.
Mój dziadek, oj, dziadunio z trudem włazi na piec,
Już nam kiedyś staruszek przy stole zachrapał -
Lecz nogi drogę widzą - same wiodą na piec,
Te dobre nogi dziadka, co mu służą lata.
BABCIA (z poematu Białoruś)
Moja babcia była to kobieta cnotliwa,
Mistrz płodności - dziecko z każdą wiosną...
Lekko, bez bólu, tak jak kury jaja niosą,
Tak ona bliźnięta po bliźniętach niosła
Trzech wujków urodziła na strychu na sianie,
Dwóch wujków gdzieś w szuwarach, kiedy szła na pole,
Jedenastu babunia na piecu powiła,
Na koniec mego tatę złożyła w stodole.
Kiedy jej macierzyńskie zamknęło się łono,
Biednych obdarowała babcia pieluchami.
Moja babunia dobrze wypełniła swoje,
Szła po domu jak kaczka między kurczętami.
tłum. Anna Kamieńska
wiersze pochodzą z "Antologii poezji żydowskiej" wybór oraz noty Salomon Łastik, redakcja i słowo wstępne Arnold Słucki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1986
© Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1983