|
|
ICCHAK KACENELSON (1886-1944)
Urodził się w Karelicach koło Mińska. Jako młodzieniec przyjechał do Polski i został współpracownikiem hebrajskiego czasopisma "Hacefira", założonego i redagowanego przez Ch.Z.
Słonimskiego przy wydatnym udziale Nauma Sokołowa. Kacenelson znany jest głównie jako poeta hebrajski. W getcie warszawskim napisał w jezyku jidysz "Das lid fun ojsgebargentn jidiszen folk" (Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie), przetłumaczoną na język polski przez Jerzego Ficowskiego, i "Das lid fun Radzina reben" ( Pieśń o rebem z Radzina) - poemat pisany w latach 1942 - 1943. Niektóre jego dzieła zachowały się w archiwum Ringelbluma oraz
w innych miejscach ukrycia i zostały po wojnie odnalezione. I. Kacenelson zginął w Oświęcimiu.
 Icchak Kacenelson z najstarszym synem, Cwim. Zjęcie zrobione w getcie warszawskim, w 1942 roku.
ZAŚPIEWAJ "Zaśpiewaj, lekką, pustą harfę weź do ręki, Niech serca zbolałego ton żałobny wyda, Ciężko połóż swe palce na jej strunach cienkich, Zaśpiewaj o ostatnich Europy Żydach". - Jak mógłbym śpiewać? Jak mi usta się otworzą, Gdy moja żona, moje dzieci, dwa ptaszęta... Sam jeden pozostałem tutaj z całą zgrozą! Słyszę ich płacz... okropność jeszcze trwa... pamiętam! "Zaśpiewaj! Głos zbolały, złamany do Niego Wznieś wysoko, niech szuka Go, czy tam istnieje. Śpiewaj Mu pieśń ostatnią Żyda ostatniego, Co żył, nie pochowany zmarł... ślad się rozwieje..." - Jak mógłbym śpiewać? Jak ja głowę podnieść mogę? Żonę uprowadzono mi, Bencjona i Jamełe, dziecko jeszcze - Nie mam przy sobie ich, a krążą przy mnie ciągle! O czarne cienie moich jasnych, cienie ślepe i złowieszcze. "Zaśpiewaj, niech ostatnia zabrzmi z ziemi skarga, Przechyl głowę, ku Niemu zwróć spojrzenie ciężkie. Zaśpiewaj Mu, na Jego harfie raz ostatni zagraj: Wymordowali Żydów! Nie ma ich już więcej!" - Jak mógłbym śpiewać? Jak się wzniosą szkliste oczy I jak się moja głowa podnieść może? Zastygła łza ze źrenic już się nie potoczy, Bo już się nie odkruszy, Boże, o mój Boże! "Zaśpiewaj, ślij wysoko swe spojrzenie ślepe, Mrugaj... Jakby tam Pan Bóg był w niebios głębinie - Jakby tam wielkie szczęście mogło świtać lepiej! Siedź i śpiewaj na ludu grobie i ruinie!" - Jak mógłbym śpiewać, gdy się świat w pustynię zmienił? Jak mógłbym grać, gdy załamuję ręce? Gdzie są moi umarli? Gdzie, o Boże, spopieleni? Na hałdach i śmietnikach szukam, gdzie jesteście? Z każdego ziarnka piasku i kamienia wznoście Krzyk, niech z wami wołają pył, płomień i dymy - To wasza krew i soki, to rdzeń waszych kości, Ciało i życie! Głośniej! Niechaj posłyszymy. Krzyczcie z wnętrzności zwierząt w lasach i ryb w rzekach - One was żarły. Krzyczcie z pieców, starzy, młodzi! Chcę słyszeć krzyk bolesny, niech do mnie dobiega, Wołaj, wymordowany żydowski narodzie! Nie krzycz do nieba, głuche, pagórku ze śmieciem, Nie krzycz do słońca, nie gadaj do lampy! Gdybyż zgasić słońce jak lampę w jaskini zbójeckiej! Narodzie mój, ty byłeś jaśniejszy od tamtych! Pokaż się moim oczom, narodzie, ramiona Wyciągnij z jam głębokich i długich na mile. Warstwami polanymi wapnem zatłoczona Niech otworzy się otchłań! Wstańcie na mogile! Przyjdźcie, wy z Oświęcimia, z Bełżca i Treblinki, Ponar i Sobiboru, przyjdźcie zewsząd wszyscy Z przerażeniem w spojrzeniu i bezgłośnym krzykiem, Przyjdzcie z piasków i z bagien, z błot, mchów i zgnilizny - Przyjdźcie tu wysuszeni, starci jak na żarnie, Ustawcie się w korowód, w obręcz jednolitą - Dziadkowie i rodzice, i matki ciężarne - Kości Żydów zmielone na proszek i mydło. Ukażcie mi się wszyscy, zjawcie się przede mną. Chcę was wszystkich zobaczyć i obejrzeć. Pragnę Na mój wymordowany naród spojrzeć niemo - I zaśpiewać... tak... Harfę mi podajcie - zagram!
 Synowie Kacenelsona
GRAM Już gram. Usiadłem na tej ziemi niskiej. Gram i smutno zawodzę o narodzie moim. Otaczają miliony Żydów mnie koliskiem. Wymordowanych Żydów ciżba wielka stoi. Ogromny tłum! Zajęłyby tu mały kącik Dolina Ezechiela, bo tych kości więcej. Nie brzmiałyby tak pewnie, sakralnie jak ongiś Słowa proroka tutaj. Załamałby ręce. Jak ja by w tył swa głowę odchylał bezradnie. Patrząc na szarość nieba pustynną dokoła. Znów by opuścił głowę ciężko, aż opadnie Jak skamieniały kamień milcząco schylona. Ezechielu, ty wyschłe widziałeś w dolinie Babilońskiej narodu żydowskiego kości, Gdy błądziłeś, bezwolny boży manekinie, Prowadzony przez Pana w dolinę żałości. I zapytałeś wówczas: Czy ożyją jeszcze, Czy ożyją te kości? Potwierdź albo zaprzecz! A ja o co mam pytać? Och, po takiej klęsce, Która wymordowanych nawet ślady zatrze! Ciała nie ma wdziać na co ani wciągnąć skóry, I zabrakło, w co można byłoby tchnąć ducha. Patrz, patrz, wymordowany naród cały, który Patrzy na nas szklistymi oczami bez ruchu. Patrz, patrz! Licz wyciągniętych głów i rak miliony! Patrz! Na twarzach zastygły wołania czy prośby? Podejdź i dotknij... pustka i nic!... Wymyślony Jest naród, wymyśliłem wam naród żydowski! Nie ma go! I nie będzie go na ziemi nigdy! Wymyśliłem go. Siedząc wymyślam, nazywam. - Męczarnie, które widzisz, są faktem jedynym, Jego śmierć jest jedynie wielka i prawdziwa... Patrz patrz, stanęli wszyscy wokół gromadami - Dreszcz przenika mnie - każdy z nich we mnie wpatrzony Smutnymi Bencyjonka i Jamka oczami, Smutnymi, przygasłymi oczami mej żony. I dużymi oczami mego brata Berla! To on! Skąd u nich wzięło się spojrzenie owo? Szuka swych dzieci, nie wie, że tutaj są teraz Wśród milionów... Nie mówie mu tego, nie powiem.... Moją Chane zabrano mi z synami dwoma. Moja Chana wie, że ich z nią razem zawlekli. Tylko gdzie mąż jest - dla niej sprawa niewiadoma. Nie wie o tym, że żyję, o mojej tragedii. Jakby mnie, patrzącego na nich, nie widziano, Jak niemo cały naród, tak oczy podniosła. Chodź milczeniem wymowna, przyjrzyj mi się, Chano, Przysłuchaj się głosowi mojemu i poznaj! Słuchaj, Bencjo młodziutki, to twój ojciec głosi tren ostatni z ostatnich ostatniego Żyda - I ty, Jamele jasny, ty moja radości, Gdzie twój uśmiech, Jam? Nie! Niech uśmiech nie zawita... Ja się twego uśmiechu, Jamele, tak boję, Jak trzeba mego bać się... Ale śpiewu oto Słuchaj - na harfę kładę dłoń jak serce moje - Niech nas bólem przeraża cierpienie z tęsknotą. Ezechiel! Nie! Jeremiasz? Nie! Już niepotrzebni! Wołałem do nich: nieście mi nutę wybawczą! Nie będę na nich czekał przy ostatniej pieśni - Oni wielcy proroctwem, ja moją rozpaczą.
DO NIEBIOS Na początku to było już... Dlaczego i za co, niebiosa, powiedzcie, Dlaczego taką hańbę na tej ziemi cierpieć nam sądzone? Ziemia głucha i niema przymknęła oczy... lecz wy, niebiosa, przecież Widziałyście z wysoka wszystko - i nie runęłyście, nieporuszone! Nie zachmurzyłyście się, błyszczała fałszem wasza niebieskość tania, Słońce, kat groźny w purpurze, krążyło po wiecznej orbicie. Księżyc jak stara nierządnica wychodził na nocne polowania I gwiazdy mrugały brudno, pałając jak oczka mysie. Precz! Nieba fałszywe, oszukańcze, podłe nieba na wysokości! Nie chcę was widzieć, lepiej, żebym o was nic nie wiedział. Wierzyłem wam niegdyś, zwierzałem się ze smutków, łez, uśmiechu i radości. Jesteście nie lepsze od wstrętnej ziemi, olbrzymiej grudy śmiecia. Wierzyłem wam, niebiosa, opiewałem w moich wierszach, w każdej pieśni, Kochałem jak kobietę. Miłość znikła, rozprysnęła się jak piana. Słońce w blaskach zachodu porównywałem od młodości wczesnej Z marzeniem i nadzieją: "Tak marzenie gaśnie, tak nadzieja jest rozwiana!" Precz! Precz! Wyście oszukały nas, mój naród, mój starożytny rodowód! Oszukujecie zawsze nas. Już moich przodków, proroków, wyście oszukały! Podnosili ku wam oczy zapalone w waszym ogniu, Waszych najwierniejszych na tej ziemi, tęskniących wyście oszukały! Spragnieni wołali do was pierwsi: "Spójrzcie, słuchajcie, niebiosa!" Do kogóż, jeżeli nie do was, wołali Mojżesz, Izajasz, Jeremiasz? Potem dopiero do ziemi zwracali się w swoich głosach, O nieba otwarte, o jasne, wysokie, oto jesteście jak ziemia! Nie poznajecie już nas? Dlaczego? Czyśmy się w waszym oku Tak odmienili? Myśmy przecież ci sami Żydzi co dawniej - I jeszcze lepsi... Nie chcę i nie mogę porównywać siebie do proroków, Ale ci Żydzi na śmierć pędzeni, te miliony wymordowane - Oni są jeszcze lepsi, szlachetniejsi, cierpieli więcej. I cóż znaczy Dawny wielki Żyd w porównaniu z dzisiejszym przeciętnym W Polsce, na Litwie, Wołyniu. W każdej diasporze słychać krzyk rozpaczy, Szloch Jeremiasza, Hioba, królewskich eklezjastów pieśń i lamenty. Nikogo z nas już nie poznajecie, jakbyśmy byli w przebraniach. Jesteśmy ci sami Żydzi co dawniej, pełni grzechów wobec siebie i zdrady. Wciąż odmawiamy sobie szczęścia w imię świata ratowania. Czemuście takie piękne, błękitne niebiosa, w czasie naszej zagłady? Jak Saul, jak mój król, poszukam w bólu wieszczki, Znajdę drogę rozpaczy, do Endoru, drogę w ciemność gęstą, Wezwę spod ziemi wszystkich proroków, zaklnę ich: "W górę spójrzcie, spójrzcie jeszcze w niebiosa jasne! Pluńcie im w twarz! Przekleństwo im, przekleństwo!" Patrzyłyście, niebiosa, na dzieci mego narodu na śmierć gnane siłą Przez wody, pociągami, na piechotę, czy jasny dzień, czy noc ponura. Miliony dzieci przed śmiercią do was ręce wzniosło - to was nie wzruszyło. Miliony matek i ojców - nawet nie zmarszczyła się błękitu skóra. Patrzyłyście na jedenastolatków jak Jamełe, który radość mnożył, Na młodych bencyjonków, na pociechę, jakš daje wszystko to, co żyje! Widziałyście też te Chany, co na świat wydały ich i poświęciły Bogu w Domu Bożym. Widziałyście... Nie ma Boga w was, niebiosa ponure! Nic się w was nie kryje! Nie ma w was Boga! Niebiosa, otwórzcie szeroko wrota, Niech żadne z dzieci męczeńskiego ludu nie zostaje za waszym progiem, Otwórzcie dla całego narodu ukrzyżowanego na Golgotach - Musicie dzieci te pomieścić, bo każde z nich ma prawo zostać Bogiem! Niebiosa puste i nieżywe jak przestwór oddalony, Zgubił się w was mój Bóg jedyny, a wam za mało Trójcy. - Oni nas wszystkich tam posłali, podli, pogańscy zbójcy! Radujcie się, niebiosa, byłyście ubogie, jesteście bogaczami! Błogosławiony to urodzaj - cały naród! Takie szczęście wam się zdarza! Radujcie się na wysokościach, żeby Niemcy radować się na dole mogli z wami. Niech was dosięgnie płomień z ziemi i niech ogień wasz na ziemi się rozżarza. 23 - 24 - 25 X 1943 (tłum. J. Zagórski)
wiersze pochodzą z "Antologii poezji żydowskiej" wybór oraz noty Salomon Łastik, redakcja i słowo wstępne Arnold Słucki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1986
© Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1983
--------------------
ABRAHAM SUTZKEVER (1913 - )
Urodził się w Smorgoniach. Podczas I wojny światowej znalazł się z rodziną na Syberii. W roku 1922 wrócił z rodziną do Polski. W Wilnie ukończył szkołę ludową i został wolnym słuchaczem miejscowego uniwersytetu. Na początku lat 30. został członkiem słynnej grupy artystycznej "Jung Wilne". Od września 1941 do września 1943 przebywał w getcie wileńskim. Był członkiem podziemnej organizacji bojowej. 12 września 1943 roku wraz z żoną udało mu się przedrzeć do oddziału partyzanckiego. W 1946 Sutzkever był świadkiem na procesie norymberskim. We wrześniu 1947 przybył nielegalnie do Palestyny, gdzie założył czasopismo "Di Gołdene Kejt". Jest obywatelem honorowym Tel Awiwu i laureatem literackiej nagrody Izraela.
ZABAWKI To twoje zabawki, więc opiekuj się nimi Twoje zabawki, jeszcze mniejsze niż ty W nocy, gdy ogień spać idzie dziecinko Otul je w spadający z drzew gwiezdny pył. Pozwól aby się złoty konik pasł Słodyczą skryta w chmurach traw I chłopczykowi włóż buciki Gdy z morza wieje demon wiatr. Laleczce nałóż kapelusik Dzwoneczki do jej dłoni wsuń One nie miały nigdy mamy Ich płacz przy ścianie słyszy Bóg On kocha twe księżniczki małe Pamiętam dobrze straszny dzień: Na siedmiu uliczkach tłumy lalek A miasto puste - bez dzieci jest.
OBCY MĘŻCZYZNA Czemu ścigam cię do upadłego, tak jak tamtej nocy Kiedy śmiałaś się, gdy gwiazdy wplątały się w twe włosy? Gdzie jesteś teraz? I ciepło oddechu na mych ustach gdzie? Zazdroszczę szkieletowi, który stopy ogrzał twe. Ustami, których nie ma ssie twój czerwony mak Oczodołem na piersiach wyciska mój miłosny znak. I wszystko czego ja nie dopieściłem dopełnia się przez niego Malarz wciąż niesyty kolorów obrazu swojego. Nie mogłaś mi wybaczyć, że nie poszedłem za tobą I dlatego mnie zdradzasz z tym mężczyzną z grobu. I mimo że nas dzieli zaledwie trawy cienka warstwa Jestem dla ciebie jak gwiazda, która dawno zgasła. Tylko cień twój, co szeleści jak jedwabna suknia Przychodzi czasem do mnie, kiedy jest mi smutno. Unosi się on nad darnią i płynie po rosie A ja z nim płynę do źródeł śmiechu w twym głosie. Ale dotknąć ciebie nie mogę - to jest moja kara Twój kochanek z mieczem ręku pilnuje byś spała Strzeże twego milczenia, czuwa nad martwotą A ja dalej żyć muszę z niedorzeczną tęsknotą.
SKRZYPEK Z GETTA Szary mur się zamknął wokół niego Odkąd już nie słyszy skrzypiec brzmienia Jak powietrza mu ich brakowało W dal odeszły prawdy i marzenia. Wraz z ich dźwiękiem świat się skończył Zamilkł dzwonek jego duszy Dobrze wiedział, że bez skrzypiec Żaden cud się nie powtórzy. Zanim getta próg przekroczył Skrzypcom swoim pogrzeb sprawił Jak butelkę je zakopał I w żałobie wyszedł do bramy. Kim jest skrzypek bez swych skrzypiec? -Wieżą z kości bez iglicy! Czas przepływa przez nią niczym Wiatr, co hula po ulicy. Łza to kropla i nic więcej Słowo - pył niesiony wiatrem Słońce tuż przy jego głowie Zachodząc staje się szare. Człowiek uwięziony w lustrze Żyjąc nie rozumie siebie Krew na murach i chodnikach Że się krwią nazywa nie wie. Pewnej nocy wziął łopatę Wyszedł z getta w tajemnicy By wykopać wierne skrzypce Z ziemi zburzonej piwnicy. Musiał gruz cały odgarnąć By się napić z tego źródła Spod ostatniej warstwy cegieł Wytrysnęła światła struga. Gdy dotykał ich rękami Promień tańczył mu na twarzy Potem wślizgnął się do getta Tak, by nikt nie zauważył. Wśród kamieni zagrał szarych Jak od dawna pragnął tego I pył odpadł z brudnych murów Gdy głos skrzypiec wzbił się w niebo. Słowa cieszą się jak dzieci Dzieci stają się muzyką Słysząc szybkie ruchy smyczka Zmarli na swych nogach idą. Ciągną tłumy prosto z rowów W rosę ubrani koledzy Jest tam żona ukochana Jest i synek, który nie żył. Każdy z nich słuchając skrzypiec Światłem od wewnątrz zapłonie Łzy obeschną raz na zawsze Jasność mroki świata wchłonie. Wszyscy chodzą, wszyscy patrzą Nie widzieli siebie wcześniej Dźwięk ich stworzył po raz drugi Z nowym głosem, z nowym sercem. I każdy człowiek jest sobą I każde słowo jest lancą I krew na kamieniach jest sztormem I każda piwnica jest basztą.
MIASTO BEZ ADRESÓW Miasto jest bez adresów, kto je z murów wytarł? Nie ma ani jednego, nie ma kogo zapytać. Rozglądam się za balkonem, który był tu rok temu Gdzie jest Wiśniowa jeden, nie ma tego numeru. Strapieni listonosze błądzą po kamienicach Nikt sobie nie przypomina, gdzie była ta ulica. Pomnik, który wzniesiono, by uczcić koronację Z połamanymi żebrami czeka na operację. W operze, gdzie przychodzili wybredni melomani Scena się zapełniła kaszlącymi krukami. Na koniec adres sam swój adres zagubił Podobnie jak głowa, co kapelusz gubi. Widzę teraz człowieka, co lustro niesie na ramionach Fatamorgana ruin podwójnie się staje wyśniona. W tym lustrze się krzyżują uliczki oraz place Lecz nie ma już adresów, gdzie ktoś nad nimi zapłacze.
DNI WCZORAJSZE O DZISIEJSZYCH Pragnę dokopać się wczoraj mojego i twojego Aby odnaleźć sens życia twojego i mojego. Aby odnaleźć tajemnicę naszego urodzenia I pojąć czemu wspólne są nam przeznaczenia. Pragnę dokopać się do wczoraj, aby nie zapomnieć Wspólna groza oczyści nas w krystalicznej wodzie. Wspólna groza ma nas cudownie pochłonąć A milczenie wspólne wciąż mówiąc w śnie utonąć. Pragnę dokopać się do wczoraj mojego i twojego Aby odnaleźć sens życia twojego i mojego.
POD SREBRNYMI GWIAZDAMI Wyciągnij do mnie dłoń jasną Pod srebrnymi gwiazdami Chcę spocząć w jej wnętrzu zacisznym Bo słowa stały się łzami. Spójrz jak ich blask ciemnieje W moim smolistym wzroku Tak pragnąłbym Cię odnaleźć By móc nimi służyć Ci znowu. Tak pragnąłbym dobry Boże Oddać Ci wszystko co moje Lecz dni w martwy popiół obraca Palący się we mnie ogień. W piwnicach, dziurach i norach Szlocha mordercza cisza Szybuję ponad dachami Lecz kroków Twoich nie słyszę. W podwórkach, na schodach, z krzykiem Przed cieni obławą uciekam Mój głos niczym pęknięta struna Do Ciebie o pomoc śpiewa: Wyciągnij do mnie dłoń jasną Pod srebrnymi gwiazdami Chcę spocząć w jej wnętrzu zacisznym Bo słowa stały się łzami.
tłum. Piotr Millati
Za udostępnienie wierszy serdecznie dziękujemy sopockiemu Teatrowi Atelier.
|